Polowanie na czarownice

7 października 2008

Czytając artykuły i komentarze na polskich i zagranicznych stronach internetowych oraz w prasie, można spokojnie utwierdzić się w przekonaniu, że od dłuższego czasu trwa mega-nagonka na Chiny, inicjowana gł. przez państwa (a jest ich sporo), którym nie w smak jest to, że Chiny rozwijają się bez ich "upoważnienia". Jak już pisałem we wcześniejszych postach, Chiny to państwo samowystarczalne. Każda więc sprawa dotycząca Państwa Środka przeradza się w kolejną okazję do wytknięcia błędów.

"Made in China"

W Polsce (i na świecie) kupując niemal dowolny produkt można być pewnym, że na spodzie znajduje się znajomy napis. Pozostaje pytanie: czy warto i czy da się to zmienić? A jeśli tak, to niby na co?

Każdy incydent typu "toksyczne zabawki", "trująca pasta do zębów" czy "skażone mleko" kwitowany jest stwierdzeniem "no pewnie, bo to chińskie g...". Nikogo nie ciekawi tylko jak znalazło sie to g... na sklepowych półkach w Europie i reszcie świata. Odpowiedź jest oczywiście banalna: oszczędność. Pierwszemu lepszemu handlarzowi podkoszulków czy pisaków opłaca się importować je z drugiej części świata niż wyprodukować w kamienicy za rogiem. Czemu? Ujmując najprościej:

- półtora miliarda ludzi: żadne inne państwo na świecie nie posiada tak licznej siły roboczej chętnej do zasuwania po kilkanaście godzin na dobę za parę centów dziennie. Jedynie Indie mają pod tym względem możliwość dogonić Chiny ale Indiom brak impetu, który posiada od dłuższego czasu Państwo Środka.

- najniższe na świecie koszty produkcji: pensje robotników i mieszkańców terenów pozamiejskich to żart. Jeśli pojawi się pracodawca, tym bardziej mający kontakt z zagranicą, nikt nie oczekuje ani nie wymaga ubezpieczenia, nikt nie będzie stawiał warunków. Większość pół-produktów i materiałów można zdobyć lokalnie za niewielką cenę.

- sprzyjająca sytuacja ekonomiczna: Sprzyjające przepisy i ustawy umożliwiają rozkręcenie biznesu z dnia na dzień, bez zbytniego patrzenia na kwalifikacje czy spełniania określonych warunków. Nowe firmy powstają więc jak grzyby po deszczu.

- brak dokładnych regulacji dotyczących bhp: w Chinach wszystko oparte jest na radosnej improwizacji a inspekcje z prawdziwego zdarzenia to fikcja. Jeśli inwestor „z Zachodu” chce np. otworzyć fabrykę i dac zatrudnienie, władze danego okręgu nieba mu przychylą. Nikt nie będzie przejmował się jakimiś testami jakości bo jeszcze nowy partner zmieni zdanie. A producentowi w to graj – oszczędzi dodatkowo.

W Chinach produkują więc wszyscy, zarówno mali jak i duzi gracze. Jedni i drudzy starają się też ograniczyć koszty do minimum: nie sprawdzają więc (skoro nie muszą) czy farba nie zawiera ołowiu i czy ich produkty trzymają się kupy. A gdy potem nagle okazuje się (o dziwo), że są felerne, wszedzie głośno zaznaczają „bo to zostało wyprodukowane w Chinach”, zupełnie jakby to wszystko wyjaśniało. Nawet światowi liderzy padają ofiarami własnej chciwości, czego przykładem jest Fisher Price czy Mattel ze swoją „toksyczną Barbie”, czym zresztą mocno nadwerężyli swój image. To PRODUCENT jest odpowiedzialny za inspekcje i nadzorowanie jakości własnej produkcji, nie władze kraju, w którym jest on produkowany.

Mówiąc o jakości, z reguły ma się na myśli gł. jakość materiałów użytych do produkcji. I tutaj główne skrzypce gra producent. Jeśli wyłoży kasę to i końcowy produkt będzie wart swojej ceny. Jeśli materiały będą do niczego to i sam efekt jest łatwy do przewidzenia. Ta sama firma może wyprodukować beznadziejny odbiornik TV za 20 dolarów, jak i super nowoczesny telewizor plazmowy za 10 tysięcy. Kraj, w którym go wyprodukowano nie ma tu nic do rzeczy. Najnowszym płytom głównym ASUSa, wielordzeniowym procesorom Intela czy obiektywom Nikona nikt nie zarzuca kiepskiego wykonania a niby gdzie są produkowane?

Jeśli zaś chodzi o rzeczy wyrabiane przez rodzime, chińskie firmy i eksportowane na Zachód, które wzbudzają tyle emocji to recepta jest prosta – porządnie testować każdą przychodzącą partię towarów i po problemie. Brzmi banalnie? Bo takie jest. Nie chce się? To nie narzekać. Chyba każde państwo świata posiada odpowiednie służby, których zadaniem jest kontrola importowanych w celach sprzedaży towarów, zwłaszcza jeśli chodzi o produkty spożywcze lub związane z dziećmi. Jeśli kontrole są olewane, to nie ma po co później się ośmieszać i rzucać na innych oskarżenia. Większość towarów "problematycznych", czyli zabaweczki, kubeczki, koszulki, itp. jest produkowana w małych miaścinach lub na terenach wiejskich, gdzie ludzie mieszkają w takich warunkach, że pożal się Boże i są szczęśliwi, że w ogóle mają możliwość zarobienia kilku yuanów i dotrwać "do 1-ego". Chyba trudno od nich wymagać, żeby zamartwiali się czy ich produkt będzie spełniał wymogi jakiejś Unii Europejskiej, o której w życiu nie słyszeli.

Tybet, Tybet... a gdzie to dokładnie leży?

Obecnie niesamowicie popularne jest też protestowanie przeciwko czemuś. Czy to parada gejów, czy jakaś nowa ustawa, czy odległa chińska prowincja... Nieważne przeciwko czemu się protestuje, ważny jest sam akt. Z reguły sami protestujący mają blade pojęcie o tym, co właściwie poprzez te swoje protesty chcą osiągnąć, nie mają przygotowanej żadnej alternatywy, "lepszych" (przynajmniej według nich) i logicznych rozwiązań, słowem – chcą po prostu "drzeć mordę" bo tak jest fajnie i modnie.

Już samo nawoływanie do tzw. "wolności religijnej" zakrawa na ironię (zwłaszcza jeśli chodzi o głosy dobiegające z Polski). Nikt nie zabrania niczego wyznawać. Zabrania się natomiast powodować zamieszki i demolki całych miast z imieniem swego "duchowego przywódcy" na ustach, bo to nie religia tylko fanatyzm i zwykły terroryzm. Zresztą sprawa Tybetu, jaka by ona nie była, to sprawa lokalna, do której inne państwa (z których większość uwikłana jest we własne lub obce konflikty) nie mają po co się mieszać. No, ale propaganda „anty-Chińska” robi swoje.

Pomijając fakt, że według wielu źródeł Tybet jest częścią Państwa Środka od czasów dynastii Qing, gdyby Chiny odseparowały się od Tybetu, tak jak tego sobie wszyscy życzą, tybetańczycy cofnęli by się ze dwie epoki. Handel? Nie ma z kim i nie ma czym. Tybet rozwija się obecnie tylko i wyłącznie dzięki temu, że jest częścią Chin. To Chiny wybudowały w Tybecie szkoły, szpitale i inne instytucje, o których nikt tam wcześniej nawet nie myślał. To Chiny konserwują liczne zabytki oraz zapewniają połączenia lotnicze z wielu miast ze stolicą Tybetu, Lhasą. Wybudowały też słynną kolej tybetańską (z wagonami pod specjalnym ciśnieniem), dzięki czemu do Tybetu docierają turyści, tym samym choć odrobinę przyczyniając się do polepszenia wciąż marnej ekonomii prowincji. Przed kolejnym nawoływaniem o "wolność" proponuję darować więc sobie czytanie o demolce, jaka rzekomo ma tam miejsce (a na którą jakoś brak konkretnych dowodów), pojechać do Tybetu osobiście i spytać samych tybetańczyków czy chcą być "niezależni". Odpowiedź, o ile w ogóle zrozumieją pytanie, może być zaskoczeniem.

Małe podsumowanie

Powyższe wywody to tylko moje własne spostrzeżenia. Nie sądzę, żeby ktoś kto ma wyrobioną opinię na te tematy, taką czy inną, nagle zmienił zdanie. Jednak zastanowienie się przez chwilę nie boli. Jakiś czas temu widziałem w Internecie artykuł znanej polskiej gazety, z którego jasno wynikało, że na ulicach Chin już niemal strzelają do każdego kto zachowuje się nie tak jak należy. Artykuł opatrzony był dla efektu i dowodu zdjęciem dwóch uzbrojonych i umundurowanych Chińczyków z groźnymi minami. Szkoda tylko, że autor zapomniał dodać iż zdjęcie nie ma z artykułem nic wspólnego - przedstawia typowe osiedle strzeżone dla bogatych, gdzie za taką ochrone się po prostu płaci. No ale odpowiednią opinię publiczną trzeba na czymś zbudować.

Powrót do listy wpisów